Opowiadać mogłabym bez końca – wywiad z Marią Paszyńską

Wywiad z Marią Paszyńską

Historia to nie jest tylko bajka o rycerzach i bitwach, która wydarzyła się naprawdę.
Jest narzędziem pozwalającym odnaleźć się w rzeczywistości, mówi Maria Paszyńska, pisarka, felietonistka, prawniczka i orientalistka. Autorka nowej powieści „Wiatr ze wschodu. Czas białych nocy”.

ROZMAWIA Katarzyna Łukaszczyk z Bloga pod Małym Aniołem.


Wiem, że aby usiąść i napisać nową książkę, potrzebujesz jednego szczególnego bodźca. Co stało się tym razem, że to właśnie ta historia została opowiedziana na kartach Twojej najnowszej książki?

Tym razem nie wiem, jak odpowiedzieć na to pytanie. Przy „Warszawskim niebotyku” było to zdjęcie Prudentiala w starej gazecie. Przy „Owocu granatu” opowieść o spowiedzi na plaży, którą przed laty usłyszałam podczas studiów na iranistyce. „Wiatr ze wchodu” zaś po prostu się pojawił, jak uczucie, którego się nie spodziewasz, nie oczekujesz, nie pragniesz, a ono nagle zalewa cię z wielką intensywnością i już nie możesz mu się oprzeć. Po prawdzie po „Owocu granatu” miałam już dość sprecyzowane plany wydawnicze, ale gdy historia Anastazji i Kazimierza przyszła do mnie, wiedziałam, że wszystko musi ulec zmianie. Napisałam do wydawcy, że nie dam rady się temu oprzeć, że po prostu muszę oddać się tej fabule bez reszty, bo inaczej nie będę w stanie skupić się na niczym innym, a oni mi zaufali. Wspólnie przetasowaliśmy umowy, pozmienialiśmy plany i stworzyliśmy nowe, bym mogła podążyć za tym pragnieniem.

„Czas białych nocy” czyta się momentami jak najlepsze książki dla najmłodszych. Główna bohaterka jest obdarzona szczególnym darem i to w jej usta wkładasz magiczne opowieści. Czy z założenia nowa seria miała emanować taką baśniową energią, czy to Twoje umiłowanie do snucia opowieści samo utorowało sobie drogę?

Niedawno długo zastanawiałam się nad tą kwestią. Podczas jednego z jesiennych spotkań autorskich wdałam się w ciekawą dyskusję z panią, która z wykształcenia była historykiem sztuki. Rozmowa dotyczyła procesu kreacji. Odpowiadając na kolejne pytania, uświadomiłam sobie, że tak naprawdę mam niewiele założeń. Jak już mówiłam, historia do mnie przychodzi. Zaciska mi pętlę na sercu i nie pozwala o sobie zapomnieć. Zaczynam gromadzić materiały źródłowe, czytać, prowadzić badania, rozmawiać z ludźmi, ale sama opowieść już we mnie jest. Widzę bohaterów tak, jak widzę ciebie. Są dla mnie realni, jakkolwiek niedorzecznie to brzmi. Muszę tylko dobudować dekorację, zadbać o oprawę muzyczną. Jestem chodzącym chaosem. Nie robię planów, bo nie umiem. Nie mam kartotek postaci, nie zapisuję szczegółów dotyczących ich fizjonomii czy charakterów. Nie muszę tego robić, bo ja po prostu to wiem. Gdy jesteśmy razem w opowieści są dla mnie prawdziwi. Słyszę ich śmiech, widzę, jak na siebie patrzą… Pamiętasz „Niekończącą się historię”? Pojawia się tam postać Starca z Wędrownej Góry, który jest pamięcią Fantazjany. Starzec pisał, a gdy pióro skrzypiało o papier, wydarzenia się działy, stawały się rzeczywistością. Doświadczam czegoś bardzo podobnego. A potem nasza wspólna droga się kończy. Historia zostaje przelana na papier, zamyka się gdzieś pomiędzy stronami i odchodzi, by ustąpić miejsca nowej.
Także odpowiadając na Twoje pytanie, moje opowieści zawsze same torują sobie drogę. Ja służę im rzeczonym piórem i czasem.

Nowa powieść jest także piękną historią miłosną. Ujęło mnie, że omijasz utartą ścieżkę relacji romantycznej, a skupiasz się na tym, że głębokie uczucie może łączyć ludzi z pozoru skrajnie różnych. Żywe dyskusje pomiędzy Anastazją i Kazimierzem sprawiły mi ogromną przyjemność. Czy Ty także lubisz tę powieść za coś w szczególny sposób?

Lubię ją za intensywność doznań, jakich mi dostarczyła. Za to, jak bardzo mnie zaangażowała na poziomie zmysłów, gdy ją pisałam. „Wiatr ze wschodu. Czas białych nocy” to nie tylko historia miłości, lecz także opowieść o przekraczaniu barier i walce o samego siebie i sprawy najważniejsze, na różnych płaszczyznach. W każdej powieści mam ulubioną postać, z którą czuję się najmocniej związana. W „Owocu granatu” był Mehrdad, w „Czasie białych nocy” jest to zdecydowanie Anastazja.

Główna bohaterka jest silną osobowością, która nie obawia się bronić swoich przekonań. Wiem, że nie można zdenerwować Cię bardziej niż stwierdzeniem, że kobieta czegoś nie może lub jest do czegoś za głupia/słaba – kto, co woli. Czy zawsze miałaś taki stosunek do naszej płci, czy to zmieniło się z czasem?

Ja nie mam jakiegoś szczególnego stosunku do własnej płci. Chciałabym po prostu być traktowana równo i oceniana nie przez pryzmat urody, wieku czy właśnie płci, a wyłącznie mojego dorobku, włożonej pracy i posiadanej wiedzy. Są głupi mężczyźni i głupie kobiety. Są słabi mężczyźni i słabe kobiety. Płeć nie ma tu nic do rzeczy. Problemem są założenia i to z nimi należy walczyć. Chodziłam do żydowskiej podstawówki. Na korytarzach naszej szkoły wisiały plakaty z różnymi cytatami. Jeden z nich przedstawiał drzewo z mnóstwem liści. Wypisano na nim zdanie „Mądry człowiek uczy się od wszystkich”. Zapadło to we mnie głęboko i jak widać zostało na zawsze.

Twoje oddanie historii jest już wręcz legendarne. Rzadko spotyka się w życiu codziennym osoby, które tak bardzo ją ukochały. Ja dzielę Twoje zainteresowania, jednak z doświadczenia wiem, że jesteśmy w zdecydowanej mniejszości. Jak sądzisz?

Wielu ludziom historia wydaje się mało praktyczna, a w świecie, w którym żyjemy, najważniejsza jest utylitarność. Liczy się tylko to, co można przekuć na wymierną korzyść materialną. Coraz częściej słyszę, że np. poezja jest bez sensu. Według tej logiki, owszem. Chyba, że ktoś zostanie znanym raperem albo zajmie się pisaniem piosenek, o tak, na tym można dobrze zarobić. Tymczasem jest to szalenie wąskie spojrzenie. Dzieje ludzkości po wielokroć pokazywały jak ważne jest rozumienie, a przynajmniej dostrzeganie mechanizmów rządzących światem. Największym kapitałem, jaki można zebrać, jest wiedza. Ona pozwalała budować wielkie fortuny i potężne imperia. Wiem, że matematyka uchodzi za królową nauk, ale – jak mawia nauczyciel mojego syna – cesarzową jest historia, a ignorowanie jej może być bardzo niebezpieczne.
Historia to nie jest tylko bajka o rycerzach i bitwach, która wydarzyła się naprawdę. Jest narzędziem pozwalającym odnaleźć się w rzeczywistości.

Jakiś czas temu spotkałyśmy się podczas debaty, na której dyskutowano o tym, czy literatura historyczna ma płeć. Zrozumiałam wtedy, że Ty nie tylko piszesz o przeszłości, ale i nią żyjesz. Chyba nigdy wcześniej nie widziałam, aby ktoś tak energicznie bronił swoich przekonań. Myślałaś kiedykolwiek, aby zająć się pracą akademicką i zarażać swoim entuzjazmem kolejne pokolenia studentów?

Wielu ludzi mnie o to pyta. Zacznijmy od tego, że ja w ogóle bardzo lubię ludzi. Gdybym żyła w dawnych czasach, byłabym bardem, albo jeszcze wcześniej ˗ takim plemiennym opowiadaczem, strażnikiem historii. Nie wiem czy potrafiłabym uczyć, ale z pewnością umiem rozmawiać. A dyskutuję całą sobą, owszem i bardzo silnie angażuję się emocjonalnie, taka osobowość. Niewiele jest we mnie chłodu, opanowania i dystansu, choć czasem bywa to zgubne.

Mówisz, że ciekawość tego, co zdarzyło się kiedyś, tkwiło w Tobie od zawsze. Czy jest jednak osoba, która wyciągnęła tę przysłowiową zawleczkę?

Od zawsze miałam wspaniałych nauczycieli historii. W podstawówce pan Piotr Ulatowski, w liceum pani Hanna Skierczyńska, która uczyła nas przede wszystkim myśleć i dostrzegać związki przyczynowo-skutkowe. Do dziś śni mi się czasem, że znów jestem na jej lekcji. To były jedne z najpiękniejszych chwil mojego życia. Później na orientalistyce poznałam mojego mistrza, profesora Bogdana Składanka, prawdziwego człowieka renesansu. Nigdy jednak nie odważyłabym się rzucić wszystkiego i oddać opowieściom, gdyby nie mój mąż. To on uwierzył, że to, o czym zawsze marzyłam, może stać się rzeczywistością, że będę mogła opowiadać historię tak, by ludzie pragnęli ją poznawać. Bez niego nie byłoby Marii Paszyńskiej ˗ powieściopisarki.

Jak sama powiedziałaś, piszesz także bajki z tłem historycznym. Czy robisz to, bo brakuje Ci takiej literatury na rynku wydawniczym?

Nie analizuję rynku. W ogóle nie absorbują mnie takie sprawy. Z doświadczenia rodzica kupującego książki dzieciom wiem jednak, że jest dużo naprawdę wartościowych pozycji w tym segmencie. Pewnego razu poproszono mnie o napisanie bajki z okazji 80. rocznicy wybuchu II wojny światowej. Postanowiłam spróbować, z czystej ciekawości. Potem kilka razy byłam w różnych przedszkolach i szkole i czytałam dzieciom te bajki. Słuchały z zainteresowaniem, a gdy skończyłam, parę razy usłyszałam skargę, że za krótkie. Nie pamiętam, kiedy coś sprawiło mi tyle radości co te zażalenia dzieci.

Kilka lat temu z jednym z wywiadów bez wahania wymieniłaś swoją ulubioną książkę. Jestem bardzo ciekawa, czy teraz będzie podobnie i czy to wciąż ta sama powieść. Spróbujesz? 🙂

Prawdziwa miłość trwa całe życie. Moją ukochaną książką jest ”Źródło” Ayn Rand, choć „Lalka” Prusa i „Anna Karenina” nie są daleko od podium.

„Owoc granatu” zdobył bardzo szerokie grono zwolenników. Czy trudno jest uwolnić się od oczekiwań czytelników i pójść w swoją stronę? A może piszesz bardziej dla siebie i dla czystej przyjemności snucia historii?

Po olbrzymim sukcesie „Owocu granatu” miałam spore obawy. Bałam się, że w każdej opinii będę czytała „niezła książka, ale to nie Owoc granatu”. Czytelnicy wciąż piszą do mnie prośby o kontynuację losów bohaterów tamtej serii. Tymczasem historia Halszki i Stefanii jest zakończona. Zamknięta i już nie wróci. Muszę iść dalej z nadzieją, że moi czytelnicy podążą za mną.
Pisanie jest moją pracą zawodową. Nie piszę więc tak całkiem dla siebie i wyłącznie dla przyjemności. Mam natomiast ogromną wewnętrzną potrzebę snucia opowieści, zawsze ją miałam i każdego dnia jestem wdzięczna za możliwość zarobkowania w ten sposób.
Nigdy natomiast nie napisałam historii na zamówienie ani z czyjejś inspiracji. To musi być moje. Jeden z wydawców chciał kiedyś, żebym napisała kryminał retro. Odmówiłam, mówiąc, że to nie moja estetyka. Zdziwiony pan prezes spojrzał wtedy na mnie uważnie i powiedział: „To też jest jakiś pomysł na siebie”. Nie umiem działać wbrew sobie. A nawet gdybym była w stanie się zmusić, zapewne nic by z tego nie wyszło. Zabrakłoby tej magii, o której rozmawiałyśmy na początku.

Następna historia, która sama prosi się, aby przenieść ją na karty książki, już mieszka w Twojej głowie czy marzysz o chwili oddechu?

Historii domagających się opowiedzenia jest w mojej głowie tak wiele, że nawet gdybym żyła 120 lat, na które jak twierdzą naukowcy zaprogramowane są nasze ciała, chyba nie zdążę ich wszystkich opowiedzieć. Czy marzę o chwili oddechu? Hmmm… tak, ale nie od opowiadania historii. Raczej od wszystkich spraw różnych i podłużnych. Opowiadać mogłabym bez końca.

Subscribe
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Grazyna

Wspaniała rozmowa. Uwielbiam powieści tej autorki.